Słowo wspomnienia o Ks. Prymasie Józefie Glempie.
Przez pryzmat doświadczeń odrodzeniowych
Nasi poprzednicy i starsi koledzy spotykający się często z Ks. Prymasem Wyszyńskim, spotykali też jego długoletniego sekretarza Ks. Józefa Glempa. Tak zaczęły się pierwsze kontakty „Odrodzenia” z późniejszym Ks. Prymasem, który dobrze wiedział, że jego poprzednik bardzo sobie cenił kontakty z ludźmi „Odrodzenia” i przyjął na siebie rolę opiekuna naszego Ruchu, służąc nam wielokrotnie radą i pomocą, uczestnicząc wiele razy w naszych spotkaniach – w Dniach Modlitw na Jasnej Górze, w niektórych naszych zjazdach czy też przyjmując Zarząd lub szerszą reprezentację naszego Ruchu u siebie w Warszawie, a początkowo także w Gnieźnie. Ks. Prymas zgodził się, by nasze jasnogórskie Dni Modlitw odbywały się pod jego protektoratem. To za radą i zachętą Ks. Prymasa Glempa przekształciliśmy – był to rok 1992 - w zarejestrowane stowarzyszenie nasz Ruch, działający w PRL-u, z oczywistych względów, jako ruch nieformalny i nielegalny. Ks. Prymas zechciał też przyjąć członkostwo honorowe naszego Stowarzyszenia co było i jest dla nas szczególnym zobowiązaniem, by kontynuować linię wyznaczaną przez hasło sentire cum ecclesia - być w Kościele i z Kościołem.
Wielu z nas ma różne wspomnienia związane z osobą Ks. Prymasa. Ja zachowuję w pamięci zwłaszcza następujące:
-
We wrześniu 1981 roku, odbywaliśmy na Jasnej Górze kolejne Dni Modlitw. Ks. Prymas, który objął wysokie funkcje zaledwie w lipcu 1981 roku, pojechał na otwarcie Zjazdu Solidarności w hali Oliwii, a potem bezpośrednio z Gdańska przyjechał do nas, by odpowiedzieć na nasze zaproszenie i wygłosić słowo pasterskie na otwarcie naszego spotkania. Prawda, byliśmy wtedy dynamicznym i niemałym środowiskiem. Zapewne chodziło Ks. Prymasowi o to, by mówić do dużej grupy inteligencji w kontekście tego, co działo się w Gdańsku i w całym kraju. Ale chciało mu się „gnać” przez całą Polskę. Wzruszył nas wtedy.
-
Pamiętam też spotkanie w stanie wojennym w bibliotece, w pałacu na Miodowej w Warszawie. Ks. Prymas nawiązywał do demonstracji, jaką podziemna Solidarność zorganizowała 3 maja 1982. Ks. Prymas mówił, tak to zapamiętałem: demonstranci przechodząc Miodową skandowali: "Prymas z nami". Owszem, mogłem włożyć czarny ornat i ruszyć na czele demonstracji i pewnie niektórzy okrzyknęli by mnie bohaterem, ale mnie nie wolno ulegać emocjom, ja nie mogłem podgrzewać atmosfery i doprowadzać do jeszcze większych represji i rozlewu krwi, tym bardziej, że rozmawiamy tu, na Miodowej z ambasadorami wielu krajów i wiemy jaka jest sytuacja międzynarodowa, że nikt nam nie pomoże. Po latach sam Ks. Prymas powiedział: może byłem zbyt ostrożny. Być może, ale była to ostrożność męża stanu, człowieka, który miał świadomość swojej odpowiedzialności i za Kościół i za naród. W każdym razie zarzut, że był uległy wobec władzy jest całkowicie niesłuszny i niesprawiedliwy. Był powściągliwy, ale nie uległy. Organizował wieloraką pomoc dla poszkodowanych, a równocześnie wytrwale, przez swych przedstawicieli, negocjował z władzą. Nie wszystko się udawało, to oczywiste. Miał odwagę, w roku 2000, publicznie wyznać to, co uważał za swoją winę.
-
Trzeci obrazek. Mieliśmy spotkanie Zarządu w Laskach pod Warszawą. Przez ks. kapelana prosiliśmy o audiencję u Ks. Prymasa, mówiąc, że będziemy w Laskach, więc możemy przyjechać na każdą wyznaczoną godzinę. Dostaliśmy wiadomość, że Ks. Prymas nie będzie mógł nas przyjąć z powodu nadmiaru obowiązków. Tymczasem w sobotę rano, nie zapowiedziany, przyjechał do Lasek; siostry laskowskie, przerażone niespodziewaną wizytą, powiedziały mu gdzie jesteśmy, wszedł do salki, usiadł między nami i rozmawialiśmy przez godzinę lub więcej, bo on właśnie, przed ruszeniem gdzieś w dalszą drogę, zorientował się, że ma godzinę wolnego czasu: nie mogłem was przyjąć u siebie więc wpadłem do was. Był bardzo bezpośredni i skromny w kontaktach osobistych, nie przywiązywał wagi do splendorów i zewnętrznej pompy, ale nie była to w żadnym stopniu jakaś fraternizacja, miał chyba duże poczucie godności, nie tyle własnej, ile stanowiska, które piastował i będąc pełen prostoty, budził w bezpośrednich kontaktach respekt i szacunek.
-
W jednym z wywiadów Ks. Prymas powiedział o sobie: jestem człowiekiem nadziei. Mogę to potwierdzić taką obserwacją: W czasie naszych spotkań, po omówieniu spraw bezpośrednio nas dotyczących, prosiliśmy zawsze o słowo na temat sytuacji w Kościele, w kraju, na świecie. Wypowiedzi ks. Prymasa były zawsze konstruktywne i optymistyczne: tak są trudności, przeciwności ale … i tu zawsze były przykłady różnych działań twórczych, wydarzeń pozytywnych czy znaków nadziei. Przede wszystkim zwracał uwagę na nieustanną, wytrwałą pracę Kościoła, przynoszącą, mimo wszelkich przeciwności, wymierne rezultaty. I to zawsze była zachęta i podniesienie na duchu.
Ktoś napisał, że przyszłość oceni Ks. Prymasa znacznie wyżej niż wielu mu współczesnych, ale tłumy, które spontanicznie żegnały Ks. Prymasa przez całą sobotę, niedzielę aż do uroczystości pogrzebowych w poniedziałek, bardziej niż różne oficjalne wystąpienia, zaświadczyły o tym, że ta wysoka ocena przychodzi już teraz, wraz z jego śmiercią. Odczuwam z tego powodu jakąś wielką, osobistą radość. |