„Maszerują…” kobiety ?

W kilku miastach Polski odbyły się „czarne marsze” przeciwko zakazowi „aborcji”, pod hasłem „prawa kobiet” (pod takim też „tytułem” debatuje Parlament Europejski, w tej samej sprawie). Organizatorzy marszów dość wybiórczo traktują prawa kobiet. Nie występują za prawem kobiet do odpoczynku od pracy zawodowej w niedziele. Ani o prawo do otrzymywana alimentów od ojców swoich dzieci, które mają na utrzymaniu. Przedstawicielki tego środowiska krytykują za to pomoc, jaką kobiety otrzymują w programie 500 plus twierdząc, że powoduje ona alkoholizm. Dla nich (oraz dla koncernów aborcyjnych) najważniejszym prawem kobiety jest prawo do zabicia swego nienarodzonego jeszcze dziecka. W „czarnych marszach” nie przypominano tego, że twórcą pierwszego prawa aborcyjnego był Lenin, ani tego, że propagatorem aborcji eugenicznej (dziś zapisanej również w prawie polskim) był Hitler. Gdyby to Niemcy wygrali II Wojnę Światową, to nie byłoby dziś już na świecie nie tylko Żydów i Polaków, co leżało w planach Hitlera, ale także nie było by osób niepełnosprawnych, gdyż naziści eksterminowali takie osoby (wspomina też o tym w „Blaszanym bębenku” Günter Grass). Nie było by więc komu i dla kogo organizować paraolimpiad...

„Czarne marsze” tak naprawdę miały charakter polityczny i były tylko pretekstem do manifestowania swej niechęci przeciw obecnej władzy, choć nie miała ona z obywatelskim projektem w sprawie zakazu „aborcji” nic wspólnego. Ale też w marszach widziało się dobrze znane twarze z opozycji, która w czasie swych rządów wprowadziła dodatkową możliwość zabijania nienarodzonych w tzw. metodzie in vitroi finansowała ją z budżetu państwa. A teraz sączy ona jad propagandy nienawiści, obwiniając władze o „łamanie praw kobiet” (obok „niszczenia demokracji”). „Wszystko to stare, stare są hycle, od moralności socjalistycznej”, jak pisał poeta przed 60 laty.

W marszach wzięło jednak udział tysiące kobiet, w tym wiele młodych. A mogły maszerować tylko dzięki temu, że ich rodzice byli przeciw aborcji. Należy im więc tylko bardzo współczuć. Bo z ich udziału w marszach wynika, że żądanie przez nie prawa do aborcji jest wyrazem ich postawy życiowej. Widocznie uważają się one za życiowo przegrane stwierdzając, że ich życie nie ma sensu, czują więc żal i nienawiść do swoich rodziców, że nie dokonali w swoim czasie ich aborcji, dzięki czemu nie były by skazane na takie życie, jakie muszą prowadzić. I takie osoby wykorzystywane są przez polityków do swoich własnych celów. A one nie zdając sobie z tego sprawy - „maszerują”… Nie zależy im na życiu ludzkim i więc wkrótce maszerować będą za prawem do eutanazji (to „kara za aborcję”) ludzi chorych i starych, a z czasem i młodych, a nawet dzieci, jak to ma już miejsce w Belgii.

W Sejmie powinien przeważyć głos setek tysięcy obywateli, dla których życie stanowi najwyższą wartość. Na decyzję większości Sejmowej nie mogą wpływać protesty zwolenników cywilizacji śmierci, stanowiących mniejszość. Projekt może zostać poprawiony, zwłaszcza odnośnie karania kobiet za aborcję, ale powinien zostać uchwalony. 10 lat temu, rządząca wówczas partia miała już „swego prezydenta” i „swego premiera”. Jednak nie poparła ona zgłoszonego wniosku o wpisanie do Konstytucji zdania o „ochronie życia ludzkiego od poczęcia, do naturalnej śmierci”. I można w to wierzyć, można nie, ale partię tą spotkało potem wiele nieszczęść – przegrane wybory, niewyjaśniona śmierć Prezydenta i przegrane kolejne wybory prezydenckie, parlamentarne, samorządowe… „Jak Kuba Bogu…”

Od tego czasu partia „oczyściła się” – odeszła z niej mająca duże wpływy frakcja „prawicy laickiej” (część z niej wkrótce przeszła do rządzącej „lewicy laickiej”). Dzięki temu partia ma dziś charakter chrześcijański i bardziej jednolity. Nie powinna więc zawieść zaufania swoich wyborców. Jest teraz okazja, żeby poprawić w Polsce złe prawa, a zacząć należy od prawa do pełnej ochrony życia ludzkiego. Dzięki temu z dalszymi będzie łatwiej… „I do przodu !”

Wacław Leszczyński