Sąd, trybunał i rozum

W USA zamieszanie. Na opróżnione miejsce w Sądzie Najwyższym, prezydent Obama chce mianować sędziego ze swojej opcji politycznej. Stąd protesty, bo opozycja dzięki temu straci w Sądzie większość. Tam nikt nie udaje, że sędziowie Sądu Najwyższego są apolityczni, bo tylko krowa nie ma poglądów i właśnie dlatego ich nie zmienia. Co innego u nas… Będący znaczeniem równoważny z Sądem Najwyższym w USA, nasz Trybunał Konstytucyjny jest ponoć całkiem apolityczny. Tak umyślili to swego czasu twórcy Konstytucji wierząc, że członkami Trybunału będą zawsze tylko ludzie uczciwi i bezstronni.

Nie dawno, „apolityczność” Trybunału posunęła się tak dalece, że jego kierownictwo, „wspólnie i w porozumieniu” z politykami partii rządzącej, ułożyło sprzeczną z Konstytucją ustawę, mającą zapewnić skład Trybunału złożony w stu procentach z członków tejże opcji politycznej. Pozwoliłoby to blokować wszelkie reformy uchwalane przez nowo wybrany Sejm, a nawet odwołać prezydenta. Gdy się to nie udało, a nowy Sejm wybrał do Trybunału nowych sędziów, stanowiących 1/3 jego składu, podniósł się okropny krzyk o „łamaniu demokracji”. W Trybunale zaś obowiązywały „zasady praworządności” polegające na nie dopuszczaniu do orzekania - sędziów mających inne poglądy, niż jego władze. „Prawa człowieka” i „prawo do wolności wypowiedzi” stały tam również na tak wysokim poziomie, że tych sędziów nie dopuszczono na spotkanie z „Komisją Wenecką”. Mogli by tam wyrazić odmienną opinię, niż władze Trybunału, na temat „łamania praw człowieka” i „braku demokracji” w Polsce.

Kompromisowe propozycje obecnych władz, by opozycja miała większość (ale nie 100 %) w Trybunale ona odrzuciła, urządzając uliczne manifestacje dla poparcia swego sprzeciwu. Ostatnio jeden z liderów opozycji zagroził „sprowadzeniem” na ulice nawet „miliona demonstrantów”. Ponieważ jest wątpliwe, żeby tylu naiwnych i niezorientowanych znalazło się do tego celu w Polsce, wydaje się, że trzeba będzie ich rzeczywiście „sprowadzić”. Może w zamysłach służyć temu mieli imigranci, których przydzieloną przez Niemcy kwotę, tak ochoczo zgodził się przyjąć poprzedni rząd. Jednak bardziej prawdopodobne jest ściągnięcie pomocy zza zachodniej granicy, o co pojechali prosić przywódcy opozycji. Już raz tak było, gdy dla rozbicia Marszu Niepodległości, sprowadzono lewackie bojówki nazistów niemieckich. Co prawda mały był z nich pożytek. Pobili nie tych, których im kazano, a przy pierwszej próbie oporu, uciekli pozostawiając swe pałki i kije bejsbolowe u swoich ideowych przyjaciół, obecnych „obrońców demokracji”. Potem na koszt państwa (polskiego oczywiście) zostali z honorami odstawieni do domu.

Utrzymuje się u nas jakaś „świecka tradycja” skarżenia się obcym i sprowadzania pomocy z za granicy dla poskromienia Polaków, nieposłusznych „jedynie słusznej” opcji politycznej. Zmienił się tylko kierunek ubiegania się o pomoc. Dawniej oczekiwano jej z Rosji: w 1791 r. - przy zwalczaniu Konstytucji 3 Maja, czy w 1981 r. przy tłumieniu „Solidarności”. Obecna „europejska” opozycja liczy na pomoc z Niemiec, czego mieliśmy wspomniany przykład. Równocześnie, jej liderzy krytykują rząd za niechętny stosunek do przyjęcia przez Polskę dziesiątek tysięcy imigrantów, według kwot ustalanych przez Niemcy i Unię Europejską. Twierdzą oni, że ten sprzeciw powoduje wzbudzane niepokojów i zakłócanie porządku publicznego w Unii Europejskiej, a to „jest w interesie Putina”. A w czyim interesie jest wzbudzanie niepokojów i zakłócanie porządku publicznego w Polsce ?...

Osobnicy szukający pomocy zagranicą przeciw własnemu krajowi zawsze sami nazywali się (i zwą nadal) „obrońcami demokracji i wolności” – szlacheckiej, socjalistycznej, czy obcego biznesu. Otóż to - „diabeł w ornat się ubrał i ogonem na mszę dzwoni” - dla naiwnych („a publika łyka, łyka” – jak pisał Gałczyński). Jednak Historia ocenia ich surowo, nazywając jednym słowem… A zwykli, normalni ludzie, uczestniczący również w tych manifestacjach nie wiedzą, że „myślenie ma ogromną przyszłość”…. Może jednak kiedyś zaczną myśleć…

Wacław Leszczyński