Menu |
Znaczenie beatyfikacji ks. Jerzego Popiełuszki dla Kościoła, Polski i świataKrzysztof WieczorekInstytut Filozofii Uniwersytetu Śląskiego Znaczenie beatyfikacji księdza Jerzego Popiełuszki dla Kościoła, Polski i świata „Jeruzalem, Jeruzalem! Ty zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy do ciebie są posłani. Ile razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak ptak swoje pisklęta pod skrzydła, a nie chcieliście” - mówił z goryczą i smutkiem Jezus, a nieco wcześniej napominał: „jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie” [Łk 13, 34 i 13, 5]. Prześladowanie tych, którzy głoszą Dobrą Nowinę, i powszechna niechęć do nawrócenia to nie rezultat oddziaływania jakiegoś określonego systemu politycznego czy formacji kulturowej, lecz cechy, które towarzyszą człowiekowi od tysięcy lat; i niewiele wskazuje na to, by kiedykolwiek dały się one ostatecznie wykorzenić z życia społecznego. Słowa Nauczyciela, zapisane w Ewangelii św. Jana, nie pozostawiają co do tego złudzeń: „Jeżeli świat was nienawidzi, wiedzcie, że Mnie pierwej znienawidził. Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować” [J 15, 18 i 20]. Aż do dni ostatecznych będą się w świecie przemagać zło z dobrem; dlatego w każdym pokoleniu potrzeba ludzi, gotowych dawać świadectwo i cierpieć w imię prawdy. Dopóki ich nie zabraknie, mamy prawo do nadziei, że Słowo Boże nie przeminie i każdy powołany do zbawienia znajdzie drogę, by za nim podążyć. W tym dziele utrwalania świadectwa wiary i służenia prawdzie niezastąpioną rolę odgrywają święci. Jan Paweł II, przemawiając do polskich pielgrzymów przybyłych do Rzymu na uroczystość kanonizacji Maksymiliana Kolbe, wypowiedział znamienne słowa: „święci są w dziejach po to, ażeby stanowić trwałe punkty odniesienia na tle przemijania człowieka i świata. To, co się w nich wyraża, jest trwałe i nieprzemijające. Świadczy o wieczności. Z tego świadectwa stale na nowo czerpie człowiek świadomość swego powołania i pewność przeznaczeń. W tym kierunku święci prowadzą Kościół i ludzkość”. W żywym ciele Kościoła święci pełnią wieloraką rolę. Przede wszystkim są to skuteczni pośrednicy między nami a Bogiem. Czasem wypraszają nam łaski w codziennych, prozaicznych sprawach – często bardziej z nawyku niż w wyniku głębszej refleksji zwracamy się do tych, o których wiemy, że pomagają w określonych życiowych okolicznościach. Może to być święty Antoni, Juda Tadeusz, Szymon z Lipnicy, błogosławiona Aniela Salawa lub siostra Sancja, Matka Boska Nieustającej Pomocy i wielu innych. Te niemal codzienne, może nawet niedostrzegalne akty naszej wiary w „świętych obcowanie” odgrywają wbrew pozorom ważną rolę, ponieważ budują więź Kościoła ponad podziałem na świat żyjących i zbawionych, dostarczając prostego i naturalnego świadectwa, że Królestwo Boże nie jest z tego świata, bo Kościół jako wspólnota wiernych istnieje po obu stronach tajemniczej granicy, oddzielającej świat żywych i umarłych. Równie ważne, jeśli nie ważniejsze jest to, że święci są naszymi orędownikami przed tronem Boga. Nieustannie troszcząc się o świat, zabiegają nie tylko o drobne przysługi, by nas wesprzeć w rozwiązywaniu codziennych problemów, ale przede wszystkim o to, „abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych”. Rzadko myślimy o świecie w tych kategoriach, że nieustannie odbywa się już tu, na Ziemi, proces budowania Królestwa Bożego. W tym budowaniu jesteśmy cegiełkami, Chrystus budowniczym, a Jego pomocnikami są święci. Postępem w budowie jest każde przezwyciężenie zła, grzechu, słabości i każdy dobry czyn, gdyż to do nas odnoszą się słowa: „cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” [Mt 25, 40]. Święci mają nadprzyrodzoną moc pomagania nam w tym postępie; zwłaszcza tam, gdzie naturalne ludzkie siły zawodzą, bo w dążeniu do wypełniania Bożej woli nie jesteśmy samowystarczalni. W tym posługiwaniu świętych, którego jesteśmy beneficjentami, ważne jest, byśmy umieli trafnie rozeznać różne charyzmaty poszczególnych świętych. Każdy wyniesiony na ołtarze ma swój szczególny, indywidualny rys charyzmatyczny, dzięki któremu służy pomocą najskuteczniej w określonych problemach – nie tylko w tych codziennych, niesionych przez nasze drobne niedoskonałości i udręki, lecz i w najbardziej zasadniczych. Dlatego zrozumienie sensu takiej posługi otwiera nam dostęp do wielkich, nadprzyrodzonych darów. W niniejszym rozważaniu chciałbym zająć się postacią i posługą błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki, z woli Ojca Świętego Benedykta XVI wyniesionego na ołtarze 6 czerwca 2010 roku po pomyślnym zakończeniu trwającego od 8 lutego 1997 r. procesu beatyfikacyjnego. Namysł nad pytaniem o znaczenie aktu beatyfikacji Sługi Bożego Jerzego Popiełuszki warto zacząć od przyjrzenia się, jakie są charakterystyczne cechy jego charyzmatu świętości. Pragnę szczególnie wyeksponować te przymioty, które w najbardziej istotny sposób określają zarówno jego osobistą drogę do świętości, jak też stanowią dla nas cenne i niezastąpione dary płynące bezpośrednio ze świadectwa życia, pracy i męczeństwa żoliborskiego kapłana. Są nimi: zawierzenie Bogu, wierność prawdzie i siła świadectwa, czerpanie z wewnętrznej dobroci oraz potężna moc przebaczenia. Jednakże mówiąc o znaczeniu beatyfikacji jako oficjalnego, publicznego aktu dokonanego przez Urząd Kościoła, nie możemy ograniczyć się tylko do faktu otwarcia nowej drogi zabiegania o łaski za pośrednictwem świętego, obdarzonego szczególnymi, niepowtarzalnymi przymiotami, ale także należy dostrzec i podkreślić fakt dobitnego wskazania na te okoliczności, towarzyszące życiu i śmierci księdza Jerzego, które powinny dać do myślenia współczesnemu światu. Tym wymiarem aktu beatyfikacji zajmę się na samym końcu. Zaskakująca bywa Boża pedagogika, gdy uczy nas, że najwyższe wartości zawierają się w tym, co zwykłe, codzienne, pospolite. Mogłoby się wydawać – i rzeczywiście niektórzy tak myślą – że świętość jako najwyższa doskonałość jest niedościgłym ideałem, umieszczonym gdzieś wysoko nad naszymi głowami, osiągalnym tylko dla garstki wybranych. Tymczasem patrząc na życie Jerzego Popiełuszki przez pryzmat faktów i opowieści tych, którzy go znali, widzimy, ze był taki jak większość z nas: zwyczajny w każdym calu, wychowany w prostej rodzinie, stale borykający się z rozmaitymi słabościami. Przedziwne to i fascynujące, że z takiego właśnie materiału Bóg potrafi uczynić swoje narzędzie. Świętość ludzka na tym bowiem polega, że będąc kimś zwykłym, normalnym, żyjącym wśród ludzi i z ludźmi, jest się zarazem kimś więcej. Taki był również ksiądz Jerzy[1]. Myśl o procesie beatyfikacyjnym zaczyna się najczęściej od stwierdzenia, że kandydat na ołtarze zmarł „w opinii świętości”. Czymże jest owa opinia? Niczym innym jak powszechnym dostrzeżeniem, że ten, kogo dotyczy, był świadkiem Bożej miłości do człowieka. Można być wybitnym, znanym, popularnym na wiele różnych sposobów, ale świętość jest czymś zdecydowanie innym niż zwykła popularność. Niekiedy bywa wręcz jej zaprzeczeniem. Jak było w przypadku księdza Popiełuszki? Na czym opiera się ta opinia, która w tak krótkim czasie wyniosła go na ołtarze? Jest to o tyle ważne, że odpowiadając na to pytanie, równocześnie zrozumiemy, dlaczego musiał umrzeć. Oblicze duchowe Jerzego Popiełuszki jest czytelnym, wyrazistym świadectwem uznania takich wartości, które były absolutnie nie do pogodzenia z modelem świata i człowieka, przyjętym i realizowanym przez ówczesny aparat władzy PRL. Konflikt wartości był aż tak ostry, że doprowadził do działań zakończonych okrutnym zabójstwem. Musimy się więc zastanowić, co było tak niebezpiecznego w ks. Jerzym, a zarazem tak godnego uznania, że wywołało ekstremalnie sprzeczne reakcje: z jednej strony – śmiertelny lęk i nienawiść aż po zbrodnię, z drugiej – opinię świętości, która zaowocowała ogłoszeniem go błogosławionym. Odpowiedź jest pozornie prosta, lecz kryje się w niej wielka głębia i moc. A odpowiedź ta brzmi: Popiełuszko to człowiek głębokiego zawierzenia Bogu, bezkompromisowo wierny wynikającym z tego zasadom. Zawierzenie Bogu z taką siłą, jak on, czyni człowieka niezależnym od wszelkich czysto ludzkich pobudek, motywów, interesów. Niezależność, o której mowa, polega na autonomii wobec zewnętrznych prób zawłaszczenia woli na drodze rozmaitych manipulacji. Obroną przed tymi zakusami jest wynikająca z głębokiej wiary dojrzałość aksjologiczna, czyli trafne rozeznanie w świecie wartości. Człowiek niedojrzały aksjologicznie żyje w ciągłej niepewności i rozterce; życie stale konfrontuje go z sytuacjami wymagającymi moralnych wyborów, a on nie wie, jak postąpić. Dlatego często z ulgą przyjmuje sytuację, gdy ktoś za niego przejmie odpowiedzialność i narzuci określone wzorce postępowania albo nawet konkretne, gotowe rozwiązania. Taka postawa jest szczególnie częsta w społeczeństwach rządzonych totalitarnie lub quasi-totalitarnie, a ta forma rządów dominowała w końcowej fazie tak zwanego realnego socjalizmu. W społeczeństwie tego typu wytwarza się swoista symbioza między rządzącymi a rządzonymi: z jednej strony ludzie sprawujący władzę dążą do maksymalizacji swoich wpływów i kontroli nad obywatelami, a co najmniej – do utrzymania status quo w postaci już zdobytego zakresu władzy, rozumianej jako prawo do decydowania o tym, co inni mają robić, a czego nie, a nawet, jak mają myśleć i w co wierzyć. Z drugiej strony ci, którzy podlegają władzy, a brak im aksjologicznej dojrzałości, stopniowo wypracowują strategię „ustawienia się w życiu”, w której podstawową, dominującą rolę odgrywa oportunizm i ściśle z nim związana niechęć do podejmowania samodzielnych decyzji, zwłaszcza trudnych i ryzykownych. Metodą, którą stosują ludzie aparatu władzy, by uzyskać taką obustronnie pożądaną symbiozę, jest stały nacisk na obywateli, by stawali się coraz bardziej „plastyczni”, podatni na zewnętrzne sterowanie. Ideałem obywatela tak ukształtowanego państwa byłby człowiek całkowicie bezwolny, podporządkowany organom władzy wszystkich szczebli, pozbawiony własnej inicjatywy i dzięki temu w pełni przewidywalny i sterowalny. Władza byłaby szczęśliwa, mając takich obywateli; przynajmniej tak się wydaje wyznawcom tego modelu państwa. Ale z punktu widzenia obywatela jako człowieka-osoby takie rozwiązanie jest katastrofalne, bo utrzymuje podmiot na poziomie permanentnej niedojrzałości, i to zarówno osobowej, jak społecznej i moralnej. Człowiek dojrzały musi sam wiedzieć, jakie podjąć decyzje, i musi umieć je realizować – nawet wbrew opiniom i naciskom z zewnątrz. Taka dojrzałość kosztuje; czasem wymaga ofiary, wręcz heroizmu. Są ludzie, którzy nie czują się na siłach podjąć to wyzwanie; są też tacy, którzy nie czują takiej potrzeby, bo wystarczy im żyć wygodnie, nie troszcząc się zbytnio o dzień jutrzejszy, pozwalając, by władza się opiekowała, a jakoś to będzie. Z teoretycznego punktu widzenia owa symbioza władzy, której funkcjonariusze zaspokajając swą żądzę panowania ograniczają suwerenność poddanych, i tych spośród obywateli, którzy w imię świętego spokoju godzą się na rolę biernych, posłusznych i amoralnych wykonawców cudzej woli, wygląda na istną sielankę. Ale spróbujmy sobie wyobrazić praktyczne działanie takiego systemu, a ogarnie nas zgroza. Jeśli gdziekolwiek, to właśnie tu mogłoby znaleźć zastosowanie wypracowane przez dwudziestowiecznego filozofa i teoretyka władzy, Michela Foucault, hasło „śmierć człowieka”[2]. W Polsce przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ludzie głębiej myślący wyczuwali to niebezpieczeństwo, ale pozostawał jeszcze problem, jakie przedsięwziąć środki zaradcze. Owszem, można było stosować środki polityczne i ekonomiczne: strajki, niezależne związki zawodowe, powszechny ruch społeczny obywatelskiego nieposłuszeństwa, a także środki wychowawczo – edukacyjne, jak literatura drugiego obiegu, latające uniwersytety, dni kultury chrześcijańskiej, Wszechnica Solidarności itp. Ksiądz Jerzy Popiełuszko aktywnie wspierał wszystkie te działania, niektóre sam organizował lub w nich uczestniczył, ale równocześnie podążał inną drogą – najskuteczniejszą: droga osobistego świadectwa. Jego codzienne życiowe wybory, jego zaangażowanie i niezłomność były żywym i nieustannym zaprzeczeniem narzuconego przez władzę modelu „człowieka przewidywalnego”. Swą postawą i działaniem nie tylko pokazywał, że można inaczej, ale też, że nasze życie ma sens, pełnię i głębię, o ile jest życiem w prawdzie, a prawda – rzeczywiście i dosłownie – wyzwala. W jednym ze swych pamiętnych kazań, wygłoszonym 12 października 1982 roku, mówił: „Aby pozostać człowiekiem wolnym duchowo, trzeba żyć w prawdzie. Życie w prawdzie to dawanie świadectwa na zewnątrz, to przyznawanie się do niej i upominanie się o nią w każdej sytuacji. […] Odważne świadczenie prawdy jest drogą prowadzącą bezpośrednio do wolności. Człowiek, który daje świadectwo prawdzie, jest człowiekiem wolnym nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia, nawet w obozie czy więzieniu. […] Jesteśmy powołani do prawdy, jesteśmy powołani do świadczenia o prawdzie w swoim życiu”[3]. Jednym z podstawowych obowiązków człowieka, zdecydowanego służyć prawdzie, jest przeciwstawianie się kłamstwu. Kłamstwo od niepamiętnych czasów było podstawowym narzędziem zniewolenia człowieka. Modelowy opis zniewolenia przez kłamstwo znajdujemy już w Księdze Rodzaju – jest nim opis pierwszego upadku człowieka. Mając do wyboru nieskończenie różnorodny arsenał środków, szatan wybrał podważenie zaufania do Bożej wiarygodności – widać wiedział, znając już wtedy naturę człowieka, że ta metoda działa najskuteczniej. Drugi najważniejszy moment konfrontacji prawdy z kłamstwem w Biblii to rozmowa Piłata z Jezusem, opisana w 18 rozdziale Ewangelii według św. Jana. Najbardziej uderzający w tej, tak bardzo plastycznie opisanej, scenie jest kontrast między niezachwianą pewnością Jezusa a histerycznym miotaniem się jego rozmówcy od skrajności do skrajności. Na zdrowy rozum powinno być odwrotnie. To Piłat jest w komfortowym położeniu – ma wszystko, czego został pozbawiony stojący przed nim udręczony i poniżony więzień: wolność, władzę, szacunek, poważanie, żołnierzy, prawo decydowania o życiu i śmierci. To on, Piłat, powinien być pewny i niewzruszony. A od Galilejczyka należałoby oczekiwać, że zrobi wszystko, by poprawić swój los i ocalić swe życie, szukając ratunku w oddaniu, posłuszeństwie, wyrzeczeniu się tego, o co dotąd walczył i zabiegał. Tymczasem dzieje się dokładnie odwrotnie. Dlaczego? W przypadku Piłata – dlatego, że to nie on jest rzeczywistym podmiotem sprawowanej przez siebie władzy. Ewangelista przytacza słowa Jezusa: „Nie miałbyś żadnej władzy nade Mną, gdyby ci jej nie dano z góry” [J 19, 11]. Znaczy to w szczególności, że Piłat żyje w permanentnej i zasadniczej iluzji. Myli się co do siebie samego, gdyż jest przekonany, iż jest kimś innym, niż jest naprawdę. A ktoś, kto żyje trwale oddzielony od najważniejszej dla siebie prawdy – prawdy własnego bycia – nie potrafi też trafnie rozpoznać żadnej innej prawdy. Nawet jeśli czasem jednak to się zdarzy, zawsze towarzyszy temu atmosfera niepewności, wątpliwości i gotowości do wycofania pod byle pretekstem z zajmowanego stanowiska. Nic więc dziwnego, że Piłat wybiera postawę sceptyka, gardzącego wszelką prawdą. Przyznajmy: jest przynajmniej na tyle uczciwy, że wiedząc, jak niepokonywalne trudności sprawia mu rozróżnianie między prawdą a fałszem, godzi się z tym, wybierając odpowiednią doktrynę filozoficzną. W sprzyjających okolicznościach gotów jest nawet dać świadectwo prawdzie – na ile udało mu się ją rozpoznać – dzieje się tak, gdy oświadcza arcykapłanom: „nie znajduję w tym człowieku żadnej winy”. Ta chwilowa postawa świadka prawdy nazbyt łatwo się jednak załamuje pod naporem obaw o własną pozycję i lęku przed gniewem Cezara. A lęk, jak uczył Jan Paweł II, jest zaprzeczeniem wolności i dlatego utrudnia wybór prawdy, wydając duszę na łatwy łup kłamstwa. Wiedział o tym również Jerzy Popiełuszko; świadczą o tym następujące słowa z cytowanego już kazania: „Zasadniczą sprawą przy wyzwoleniu człowieka i narodu jest przezwyciężenie lęku. Lęk rodzi się przecież z zagrożenia. Lękamy się, że grozi nam cierpienie, utrata jakiegoś dobra, utrata wolności, zdrowia czy stanowiska. I wtedy działamy wbrew sumieniu, które jest przecież miernikiem prawdy. Przezwyciężamy lęk, gdy godzimy się na cierpienie lub utratę czegoś w imię wyższych wartości. Jeżeli prawda będzie dla nas taką wartością, dla której warto cierpieć, warto ponosić ryzyko, to wtedy przezwyciężymy lęk, który jest bezpośrednią przyczyną naszego zniewolenia”[4]. Lęk to bardziej instynktowny niż racjonalny wybór między wartościami. Może się zrodzić w obliczu perspektywy utraty tego, co uważamy za cenne albo wręcz niezbędne. Tak było z Piłatem, który zapewne rozumował tak: „opowiadając się po stronie prawdy, mogę stracić coś, co jest dla mnie o wiele cenniejsze niż prawda, którą mam w pogardzie”. Dramat cesarskiego namiestnika Jerozolimy polega na tym, że nie zrozumiał, co dlań było rzeczywiście najcenniejsze. Nie wiedział, że wartości, które wybrał, rychło okażą się nietrwałe, bo wkrótce potem i tak popadł w niełaskę u cesarza i zmarł na wygnaniu, zapomniany i opuszczony. Z tego, co wybrał i cenił, nic mu nie zostało. A co odrzucił? Jedyną, jaka go spotkała w życiu, szansę stanięcia w prawdzie. Dane mu było bowiem stanąć twarzą w twarz z Jezusem i usłyszeć te słowa: „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy kto jest z prawdy, słucha mojego głosu” [J 18, 37]. Cóż, że Prawda ukazała mu się w mało powabnej postaci – ucieleśniona w zmęczonym, sponiewieranym, poniżonym, prowadzonym na śmierć Człowieku – skoro jednak ją dostrzegł. Wiedział, że nie stoi przed nim zwyczajny człowiek, i na miarę swojego wątłego sumienia próbował stanąć po jego stronie. Po ubiczowaniu pokazał Go tłumom, mówiąc: „Oto człowiek” [J 19, 5]. W końcu jednak stchórzył. Zatryumfował płaski, przyziemny pragmatyzm, który już w parę lat później dowiódł swej miałkości, gdy życie Namiestnika rozsypało się w gruzy. Zmarnowana szansa nawrócenia dzięki spotkaniu z Jezusem przywodzi na myśl następujący komentarz Józefa Tischnera: „ten przetrwa, kto wybrał świadczenie prawdom oczywistym. Kto wybrał chwilową iluzję, by na niej zarobić, ten przeminie wraz z iluzją”[5]. Prawda, jak od wieków uczy filozofia, nierozerwalnie łączy się z dobrem. Tak było też z życiu księdza Popiełuszki. Będąc niezłomnie wiernym prawdzie, potrafił w sobie i w świecie odnaleźć nieprzebrane pokłady dobra. Zapewne dlatego, że – jak powiedział o nim proboszcz parafii św. Stanisława Kostki w Warszawie, ksiądz prałat Zygmunt Malacki – „miał w sobie tę wielką moc, której źródłem jest wiara w Boga i miłość człowieka”[6]. Myśl tę kontynuuje ks. Andrzej Luter, mówiąc w podobnym duchu: "miłość do człowieka pozwoliła księdzu Jerzemu zbliżyć się do ludzi o różnych poglądach, wierzących i niewierzących. On ich nie nawracał, on im delikatnie wskazywał drogę, nie wywyższając się, bo widział wokół siebie ludzi odważniejszych i mądrzejszych od siebie. Tak sobie myślę, że błogosławiony Jerzy może być wzorem dla współczesnych księży”[7]. Świadomość, że w każdym z nas tkwi dobro, do którego zawsze możemy się odwołać, nawet w chwili największej próby, nadawała życiu Jerzego tę niezłomność, o której pisał święty Paweł: „Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? Jak to jest napisane: »Z powodu Ciebie zabijają nas przez cały dzień, uważają nas za owce przeznaczone na rzeź«. Ale we wszystkim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani moce, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” [Rz 8, 31-39]. Obaj – apostoł Paweł i ksiądz Jerzy – wiedzieli, że to, co może odłączyć od wolności, której źródłem jest miłość Boga, znajduje się także wewnątrz nas: żadna zewnętrzna siła nie będzie miała decydującego znaczenia i nie będzie w stanie nas zdeterminować, jeżeli sami nie damy jej wewnętrznego przyzwolenia. To jest właśnie istotą wolności. Żoliborski kapłan, tak samo jak niegdyś święty Paweł, stał się obiektem działań potężnych, skoncentrowanych sił, które miały go odwieść od realizacji życiowego powołania. I choć nie był wolny od rozterek i wątpliwości, ostatecznie jednak nie ugiął się, nie ustąpił, nie dał się zwyciężyć złu tam, gdzie zło najbardziej pragnie zwycięstwa – we wnętrzu własnej duszy. Nie dał się, bo miał i czuł w sobie niespożytą siłę dobra, stale wzmacnianą przez ufne oddanie się Opatrzności Bożej. Mówił o tym kardynał Angelo Amato: „rozpętał się przeciw niemu niszczący gniew wielkiego kłamcy, nieprzyjaciela Boga i ciemiężcy ludzkości, tego, który nienawidzi prawdy i szerzy kłamstwo. W tamtych latach, jak zdarzało się to niekiedy w historii, na dużym obszarze Europy, światło rozumu zostało przyćmione ciemnością, a dobro zastąpione złem. [...] Kto dał naszemu męczennikowi tak heroiczną siłę do przyjęcia męczeństwa? Jezus Chrystus, obecny w Eucharystii, był jego mocą. [Ksiądz Jerzy] był świadomy, że zło dyktatury miało swoje źródło w szatanie, dlatego zachęcał, aby zło zwyciężać dobrem i łaską Bożą: »Zło może zwyciężać tylko ten, kto jest pełen dobroci«. Mówił też: »Chrześcijaninowi nie może wystarczyć jedynie potępienie zła, kłamstwa, nikczemności, przemocy, nienawiści, zniewolenia; on sam musi być autentycznym świadkiem, rzecznikiem i obrońcą sprawiedliwości, dobra, prawdy, wolności i miłości«”[8]. Ksiądz Popiełuszko, człowiek obdarzony co najwyżej przeciętną, jeśli nie wręcz słabą kondycją fizyczną, równocześnie miał w sobie niezmożoną siłę ducha. Tak go wspomina aktorka i pisarka, Joanna Szczepkowska: „przecież jedyne, do czego namawiał, to spokój i zachowanie równowagi w oskarżaniu innych. W jego obecności nikt nie odważył się powiedzieć złego słowa o kimkolwiek. Siła, jaką miał, wynikała tylko z jego intencji i wewnętrznego przekonania”[9]. Jakże by się nam przydał dziś ktoś taki! Kolejnym przejawem niezłomnej siły ducha, niezwykle ważnym także jako wyrazisty rys charyzmatu świętości, jest moc płynąca ze zdolności przebaczania. Tę moc posiadał nie tylko sam ksiądz Jerzy. Wstrząsające jest świadectwo jego matki, Marianny, która stojąc nad grobem syna przebaczyła tym, którzy go zabili. To nie był zwyczajny gest – to jedne z najtrudniejszych słów, jakie człowiek może wypowiedzieć. Ileż w tym wielkości ducha! To jedno zdanie wymownie świadczy o tym, kim była jego matka, i pozwala lepiej zrozumieć, gdzie narodziła się świętość Jerzego Popiełuszki. O tym, że on również miał w sobie tę heroiczną siłę, świadczą nie tylko jego czyny, ale też choćby te słowa: „Prosimy Boga o nadzieję, bo tylko ludzie silni nadzieją są zdolni przetrwać wszelkie trudności. Prosimy o wewnętrzną radość, bo jest ona najgroźniejszą bronią przeciwko szatanowi, który smutny jest z urodzenia. Prosimy o wolność od zemsty i nienawiści, o tę wolność, która jest owocem miłości. Amen”[10]. Tę promieniującą od postaci księdza Jerzego moc przezwyciężania złych emocji, wolność od nienawiści i gotowość przebaczenia nawet najcięższych win podnieśli i wyeksponowali biskupi polscy w liście pasterskim z marca 2010 roku, pisząc: „każde kazanie kończył modlitwą w intencji stosujących przemoc i o zachowanie od nienawiści tych, którzy muszą przeciwstawiać się represjom. Rozważania różańcowe w Bydgoszczy zakończył w ten sposób: »Módlmy się, byśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy«. To były jego ostatnie słowa wypowiedziane publicznie. […] »Niech przemawia do nas świadectwo tego kapłana – napisał Jan Paweł II – które się nie przedawnia, które było ważne nie tylko wczoraj, ale jest ważne także dzisiaj. Może dzisiaj jeszcze bardziej«. Świadectwo Księdza Jerzego jest dziś bardzo aktualne. Dziś także […] trzeba uwalniać się od nienawiści i budowania murów, które dzielą, a zło dobrem zwyciężać”[11]. Atmosfera życia publicznego, w jakiej jesteśmy zanurzeni, sprawia, że szczególnie trudno nam pojąć sens i wartość przebaczenia, zaś niepożądaną konsekwencją tego faktu staje się sytuacja coraz dotkliwszego ranienia się nawzajem. Im dalej w nią zabrniemy, tym trudniej będzie znaleźć drogę wyjścia z honorem – ale i z chrześcijańskim miłosierdziem – ze ślepej uliczki eskalacji oskarżeń, żądań i pretensji. Dlatego właśnie teraz warto ze szczególną uwagą wsłuchać się w ten najtrudniejszy aspekt nauczania, płynącego ze świadectwa życia i męczeństwa Jerzego Popiełuszki, i spróbować z całą rzetelnością odpowiedzieć na pytanie, które w poczuciu rosnącego dramatyzmu naszego położenia sobie zadajemy: dlaczego mamy „im” przebaczyć? Pierwsza narzucająca się odpowiedź, i to zobowiązująca nas w sumieniu, odwołuje się wprost do Ewangelii i brzmi: bo Chrystus tego od nas oczekuje. Druga, podobna – bo sam dał nam przykład heroicznego i bezwarunkowego przebaczenia, modląc się za swoich prześladowców słowami „Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią”, i przebaczając łotrowi na krzyżu. Z tej lekcji nie możemy się zwolnić pod żadnym pretekstem. Ale to nie wszystko; są jeszcze ważkie argumenty, podsuwane przez filozofię. Klarowny, choć trudny wykład prezentujący te argumenty możemy znaleźć w fundamentalnie ważnym studium etyczno-antropologicznym Karola Wojtyły Osoba i czyn. Opierając się na nauczaniu późniejszego papieża Jana Pawła II, chciałbym zaproponować następującą rekonstrukcję jego rozumowania: Ludzie nie dzielą się na dobrych i złych, jak często mylnie sądzimy. Każdy człowiek jest zarazem dobry i zły – w potocznym sensie – ponieważ każdy z nas, jak uczył Wojtyła, jest sprawcą swoich czynów; konsekwencje zaś naszych czynów, dotykające innych ludzi, a czasem i nas samych, bywają dobre lub złe, niejednokrotnie zresztą wbrew naszym intencjom sprawczym. Ponieważ jednak tkwi w nas głęboka potrzeba oceniania i osądzania, którą – dziwnym trafem – częściej i chętniej kierujemy ku innym, nie zaś ku sobie, przeto łatwo popadamy w złudzenie polegające na przeniesieniu oceny moralnej z czynu na jego sprawcę. Jakże często myślimy: ten człowiek źle postąpił, a zatem jest złym człowiekiem. Takie myślenie – uczą filozofowie chrześcijańscy – to jeden z trudniejszych do wykorzenienia przejawów błędu antropologicznego, na tyle niestety powszechny i żywotny, że występował już w czasach biblijnych. Dlatego właśnie Jezus przestrzegał swoich współczesnych: „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni” [Mt 7, 1]. Prawda o człowieku jest inna, niż sugeruje nam opisany nawyk myślowy. Człowiek, i to każdy bez wyjątku, jako istota stworzona na obraz i podobieństwo Boga, jest z natury dobry. Skłonność do złych uczynków to wynik skażenia natury grzechem, a zatem jest czymś narzuconym z zewnątrz i gruntownie obcym ludzkiej naturze. Dlatego, mówiąc o kimkolwiek „ten człowiek jest zły”, zaprzeczamy jego człowieczeństwu! Takie – nawet nieuświadomione – uprzedmiotowienie drugiego człowieka jest szalenie niebezpieczne, ponieważ odmawiając drugiemu wspólnoty w człowieczeństwie, czujemy się zarazem zwolnieni z odpowiedzialności za niego: on nie jest moim bliźnim, a więc nie jestem mu nic winien; skoro tak, to mogę go skrzywdzić (przecież to on pierwszy popełnił zło, zasłużył zatem na sprawiedliwą karę), ja natomiast, krzywdząc go, nie uczynię nic złego. Oto mistrzowski podstęp szatana! On nas skłania, byśmy rozumowali w ten sposób, a dopóki tak myślimy, jesteśmy bezradni wobec zła. Więcej: stajemy się jego sprzymierzeńcami. Zastosowana przez nas logika (w istocie jest to pseudologika) podlega przecież lustrzanemu odbiciu: odpłacając złem za zło, niezależnie od własnych intencji (niechby były jak najlepsze) sam podlegam ocenie z zewnątrz, a rezultat tej oceny jest dla mnie zgubny: zostaję spostrzeżony jako sprawca zła (którym w istocie jestem, choćbym się próbował subiektywnie usprawiedliwić przytoczonym wyżej rozumowaniem) i uruchomiony mechanizm zaczyna działać w drugą stronę. Teraz to ja stałem się przedmiotem oceny, która moralną naganę przenosi z czynu na sprawcę, i w imię tej samej pseudologiki ja także w oczach drugiego staję się tym złym. A dalej już wiemy... w ten sposób powstaje i rozwija się samonapędzający mechanizm spirali zła i krzywdy. Przerwać go można tylko w jeden sposób: przeciwstawiając złu dobro, a nie – równorzędne lub jeszcze większe zło. Dokładnie to miał na myśli święty Paweł, a za nim także Jerzy Popiełuszko, powtarzając obdarzone uzdrawiającą mocą słowa Apostoła: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj” [Rz 12, 21]. Pierwsze skojarzenie, które mogą w nas wzbudzić te słowa, nie zawsze jest już od razu właściwym ich odczytaniem. Możemy bowiem odczytać ich sens na przykład następująco: „broń się przed sprawcą zła ze wszystkich sił i wszelkimi dostępnymi środkami, bo jesteś dobry i zasługujesz na to, czego dla siebie bronisz”. Pokusa takiej, wyraźnie stronniczej, interpretacji tkwi w nas z niepokojącą siłą. Może trzeba dopiero świadectwa tak przejmującego, jakim jest męczeństwo sługi Bożego, byśmy w końcu zrozumieli, że nie tędy droga. Jeśli wsłuchamy się z uwagą w program posługi duszpasterskiej księdza Jerzego, uwiarygodniony świadectwem przelanej krwi, musimy odczytać jego przesłanie następująco: bądź dobry dla wszystkich i bądź gotów ponieść tego konsekwencje. Konsekwencje – dla każdego, kto zdecyduje się tak właśnie rozumieć wezwanie świętego Pawła – mogą być straszliwe; w przypadku błogosławionego Jerzego Popiełuszki rzeczywiście takie były. Bo też od nikogo nie otrzymaliśmy obietnicy, że zwyciężanie dobrem zła zostanie nagrodzone świętym spokojem i długim, szczęśliwym życiem. Nie o to walczymy i może to jest kolejne złudzenie, które trzeba przezwyciężyć, by móc wiernie wypełnić testament duchowy księdza Jerzego. W realnym życiu obowiązują inne, trudniejsze prawa. Zło zadomowiło się w świecie jak kąkol w pszenicy i trwa w nim nader wygodnie – w dużej mierze dlatego, że nam o wiele łatwiej ulec jego perfidnym podszeptom niż heroicznie mu się przeciwstawić. Ale jesteśmy dziećmi Bożymi, powołanymi do zbawienia i uzbrojonymi w moc łaski uświęcającej. Jeśli więc podążymy drogą heroicznego zawierzenia prawdzie i miłości, drogą wytyczoną i wskazaną nam przez Jerzego, możemy liczyć na to, że sam Bóg pomoże nam owoce naszego trudu przemienić w dobro. Refleksja nad znaczeniem beatyfikacji księdza Jerzego Popiełuszki byłaby niepełna, gdybyśmy nie zwrócili uwagi na szerszy, ogólnoludzki, a nie tylko narodowy wymiar tego doniosłego faktu. Błogosławiony ksiądz Jerzy poniósł męczeńską śmierć w październiku 1984 roku; było to tak niedawno temu, a jednocześnie w jakże różnym od dzisiejszego świecie! W ciągu minionego ćwierćwiecza zaszło wiele wydarzeń, które radykalnie odmieniły oblicze całego świata, a szczególnie wiele wydarzyło się w tej części globu, w której przyszło żyć nam, Polakom. Głębia i zasięg owej transformacji może skłonić niektórych do wniosku, że ofiara księdza Jerzego ma dla nas dziś już tylko historyczne znaczenie: był jednym z tych, którzy przyczynili się do obalenia nieludzkiego ustroju, winniśmy mu za to pamięć i wdzięczność ... i nic więcej. Takie rozumowanie jest jednak całkowicie błędne, a głównym jego mankamentem jest zasadniczo ahistoryczne nastawienie do rzeczywistości. Ahistoryczność owa polega na przekonaniu, że przeszłość – zwłaszcza oddzielona od nas wyraźną cezurą transformacji ustrojowej – jest dla nas zamkniętą kartą, z której nie warto wyciągać wniosków, gdyż świat, w jakim dziś żyjemy, rządzi się zupełnie innymi prawami i regułami, zatem od ludzi minionej epoki nie możemy się niczego wartościowego nauczyć. Zauważmy jednak, że konsekwentna realizacja takich przekonań oznaczałaby w praktyce zerwanie ciągłości kulturowego przekazu i zmuszałaby nas do nieustannego wysiłku rozwiązywania wszystkich życiowych problemów od nowa. Byłoby to ogromną stratą nie tylko dla kultury, ale i dla każdego z nas. Na szczęście nie musimy i na pewno nie powinniśmy tak myśleć. Jednym z największych darów, w jakie człowiek został wyposażony przez Stwórcę, jest umiejętność wyciągania wniosków z doświadczeń przeszłości i zapamiętywania dorobku dziejów w wielorakich formach przekazu historycznego. Jedną z takich form jest wspominanie świętych, oni bowiem – jak słusznie wskazał Jan Paweł II - „stanowią trwałe punkty odniesienia na tle przemijania człowieka i świata”[12]. W każdej świętości – nawet ogłoszonej w formie beatyfikacji, nie tylko kanonizacji – zawiera się wymiar ogólnoludzki i ogólnoświatowy, nawet jeśli świat jeszcze o tym nic nie wie[13]. Zapytajmy więc, w jaki sposób życie i męczeństwo księdza Popiełuszki może dać do myślenia współczesnemu światu? Obok uniwersalnego wymiaru przesłania moralnego, o którym już była mowa, zachodzą dodatkowe okoliczności, na które trzeba zwrócić uwagę. Fakt, że wydarzenia, które wyniosły na ołtarze księdza Jerzego, wydarzyły się nie gdzie indziej, lecz w Polsce, czyni nas – jego rodaków – szczególnie odpowiedzialnymi za szerzenie na cały świat prawd i wartości, którym nasz błogosławiony dał tak wymowne świadectwo. Zadanie to może okazać się niezmiernie trudne, zwłaszcza w konfrontacji z postawami mieszkańców Zachodu. Wiąże się to z bolesnym dla nas faktem, że Polska i Polacy tradycyjnie od paru już wieków postrzegani są jako enfant terrible Europy: takie zarzuty padały już na Kongresie Wiedeńskim, gdy ustalano nowy podział kontynentu na strefy wpływów wielkich mocarstw po upadku Francji napoleońskiej[14]; a i w późniejszych latach wielokrotnie w najróżniejszych gabinetach Wysoko Postawionych Osobistości ze ścisłego europejskiego establishmentu padały słowa „i znów ci natrętni Polacy czegoś od nas chcą”[15]. Próba analizy przyczyn takiego stosunku do naszego kraju i jego aspiracji prowadzi do wniosku, że nie czyniąc nic więcej ponad to, co wynika z chęci realizacji podstawowych praw człowieka i obywatela, nolens volens staliśmy się dla Europy kimś takim, jak Sokrates dla Ateńczyków. Ów starożytny myśliciel – jeśli wierzyć Platonowi – swoją niewdzięczną, lecz zarazem niezbędną społecznie rolę przedstawiał w następujących słowach: „niełatwo znajdziecie drugiego takiego, który by tak, śmiech powiedzieć, jak bąk z ręki Boga puszczony siadał miastu na kark; ono niby koń wielki i rasowy, ale taki duży, że gnuśnieje i potrzeba jakiegoś żądła, żeby go budziło. I zdaje się, że czymś takim dla miasta ja jestem, od Boga mu przydany, który was ciągle budzę i nakłaniam”[16]. Czy nie podobną rolę w najnowszej historii Europy odgrywa naród polski – nieustannie żywy i stale się odnawiający wyrzut sumienia, bo tylekroć poświęcany i zdradzany na rzecz realizacji doraźnych interesów politycznych Wielkich Mocarstw i ich strategicznych sojuszy. Pozwolę sobie na podanie jednego tylko przykładu – postawy rządu Wielkiej Brytanii w sprawie upowszechnienia prawdy o zbrodni katyńskiej zaraz po jej odkryciu w 1942 roku. O zdumiewającej decyzji władz brytyjskich, by obłożyć tę prawdę ścisłym embargiem i wszelkimi dostępnymi środkami dezinformować światową opinię publiczną, dowiedział się Jan Nowak-Jeziorański, emisariusz polskiego Państwa Podziemnego, w Sztokholmie wraz z następującym komentarzem wytrawnego dyplomaty: „popełniał pan wielki błąd, jeśli pan kiedykolwiek myślał, że Anglicy kierują się w polityce przesłankami etycznymi i szukaniem obiektywnej prawdy. Anglicy chcą wygrać wojnę i wiedzą, że bez Rosji to im się nie uda”[17]. Rezultat podobnych działań jest nietrudny do przewidzenia: łatwiej tkwić w błogiej nieświadomości lub przerzucać winę ze sprawcy na ofiarę niż zaakceptować niewygodną dla siebie prawdę. Zapewne dlatego nasi rodacy spotykali się za granicą z podobnym przyjęciem, jakie opisuje na przykład Włodzimierz Odojewski w formie listu z zagranicy do przyjaciela w Polsce: „nie wiem, czy pojmiesz, że tu, na Zachodzie, nikomu się o takich przeżyciach nie mówi. Bo albo nikt nie uwierzy, uzna za kłamcę, w najlepszym przypadku – koloryzatora (nas, Polaków, z naszymi sprawami mają tu powszechnie za hochsztaplerów historii), albo będzie się go uważało za człowieka uprawiającego propagandę”[18]. O tym, że takie sytuacje nie należą do odosobnionych, niech zaświadczy drugi przykład – wypowiedź Stanisława Grygla o spotkaniach i rozmowach z mieszkańcami Belgii podczas pobytu na stypendium w Louvain w latach sześćdziesiątych: „kiedy im opowiadałem, co się dzieje w Polsce, nie chcieli wierzyć. Mówili: Stanisław, ty chyba robisz z nas idiotów”[19]. Jak widać choćby na podstawie przytoczonych przykładów, nieufny i obojętno-lekceważący stosunek państw zachodnich do Polski trwale charakteryzuje nasze wzajemne relacje, niezależnie od przemian wewnętrznych, zachodzących w naszym kraju. Niezależnie od tego, czy Polacy cierpieli pod zaborami, czy pod zbrodniczą okupacją hitlerowską, czy pod rządami prosowieckiej PZPR, mieszkańcy szczęśliwszych i bogatszych od nas krajów przyglądali się temu z jednakową obojętnością, w błogim – jak można się domyślać – przekonaniu, że ich to nie dotyczy, a jeśli kogoś spotkał gorszy los, to widać sobie na to zasłużył. Nietrudno zauważyć, że wyniesienie na ołtarze osoby Jerzego Popiełuszki ujawnia jednoznacznie fałsz tej oportunistycznej postawy i to co najmniej z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że wszystko, co działo się pod rządami komunistów w krajach po naszej stronie Żelaznej Kurtyny, nigdy nie było i nadal nie jest wewnętrzną sprawą poszczególnych państw, narodów czy społeczeństw, lecz zespołem wspólnych problemów domagających się solidarnego wsparcia ze strony tych, którzy mogli, ale niestety nie chcieli pomóc. Jednym z nieuniknionych rezultatów owego zaniechania koniecznych działań politycznych i dyplomatycznych był wzrost poczucia bezkarności po stronie tych, którzy podejmowali drastyczne działania obliczone na realizację własnych celów i interesów nie licząc się z ludzkimi i społecznymi kosztami tych działań oraz nie cofając się nawet przed zbrodnią. Po 6 czerwca 2010 roku, gdy świat usłyszał z ust wysłannika Stolicy Apostolskiej o męczeńskiej śmierci bohaterskiego kapłana, zamęczonego przez funkcjonariuszy aparatu państwowego działającego zbrodniczo przy milczącym przyzwoleniu ze strony wolnego, demokratycznego świata, nie można już udawać, że się nie wie lub nie wierzy w to, co przez dziesięciolecia było udziałem milionów ludzi. Drugi – co najmniej równie ważny – powód uniwersalnej rangi przesłania płynącego z postawy księdza Jerzego wiąże się z faktem, że zapotrzebowanie na ten typ heroizmu życia codziennego bynajmniej się nie skończyło. To wszystko, czemu z podziwu godną odwagą przeciwstawiał się ksiądz Popiełuszko – tchórzostwo, dwulicowość, kłamstwo, duchowe lenistwo, niedojrzałość aksjologiczna, bezkrytyczne uleganie presji zewnętrznych wzorców – na pewno nie jest domeną jednego tylko ustroju politycznego i nie znikło z ludzkiego życia wraz z upadkiem muru berlińskiego. Prawda jest taka, że dziś nadal, nie mniej niż w czasach Jerzego Popiełuszki, grozi nam zniewolenie przez zło, które w międzyczasie przybrało formy może mniej bezpośrednio zagrażające życiu i wolności osobistej (rozumianej w znaczeniu politycznych uprawnień do swobodnego działania w sferze publicznej), lecz za to bardziej perfidne, a przez to równie niebezpieczne. Wynika stąd, że Europa jak była, tak i dziś pozostaje kontynentem potrzebującym ewangelizacji[20], my zaś – dzięki heroicznej ofierze księdza Jerzego – zyskaliśmy w tym dziele nowe, cenne i skuteczne narzędzie. [1] Tak go wspomina pani profesorowa Anna Szaniawska: „Jurek był prostym człowiekiem, ale był bardzo błyskotliwy, szybko się uczył. [...] Jego kazania były fantastyczne, zawsze trafiały w potrzeby danej chwili. I wszyscy mówili: »To jest niemożliwe, przecież to prosty człowiek« [...]. Pamiętam, jak jakiś profesor, kiedy staliśmy pod kościołem i słuchaliśmy kazania księdza Jerzego, powiedział: »Taki prosty chłopak, a mówi tak mądre, głębokie rzeczy, że przejmują nas do szpiku kości«” – A. Szaniawska, Profesor i prosty ksiądz, w: A. Olędzki (red.), Ksiądz Jerzy Popiełuszko. Spotkania po latach. Wywiady, Kraków 2010, s. 104-105. O jego nienadzwyczajnej kondycji fizycznej pisze w tym samym tomie wspomnień ks. Jan Zając: „zresztą miał raczej wątłą posturę, był skromniejszej budowy niż większość z nas i nigdy chyba nie miał dobrego zdrowia” – J. Zając, Ludowe Wojsko Polskie, w: tamże, s. 48. [2] Zob. M. Foucault, Słowa i rzeczy. Archeologia nauk humanistycznych, Gdańsk 2005, oraz Archeologia wiedzy, Warszawa 1977. [3] Ks. J. Popiełuszko, Kazania, Oficyna Wydawnicza „Nowa” (edycja w drugim obiegu), Warszawa 1989, s. 25-26. [4] Tamże, s. 26. [5] J. Tischner, Myśli wyszukane. Wybór i opracowanie: W. Bonowicz, Kraków 2010, s. 73. [6] Z. Malacki, Kim jest dla mnie ksiądz Jerzy, w: K. Wiśniewska (red.), Ksiądz Jerzy Popiełuszko. Modlitwy, kazania, rozważania. Warszawa 2010, s. 33. [7] A. Luter, Święty zagubiony, w: tamże, s. 29. [8] A. Amato, Homilia podczas uroczystości beatyfikacji Jerzego Popiełuszki w Warszawie 6 czerwca 2010 r. [9] J. Szczepkowska, Kim jest dla mnie ksiądz Jerzy, w: K. Wiśniewska (red.), Ksiądz Jerzy Popiełuszko ... wyd. cyt., s. 30. [10] Ks. J. Popiełuszko, Kazania, wyd. cyt., s. 24. [11] List pasterski Episkopatu Polski przed beatyfikacją Sługi Bożego Księdza Popiełuszki 8-9 III 2010. [12] Przemówienie Jana Pawła II z 11 października 1982 do pielgrzymów z Polski, przybyłych do Rzymu na uroczystość kanonizacji bł. Ojca Maksymiliana Kolbe. [13] Zob. B. Pascal, Myśli, Warszawa 2002, s. 120. [14] Zob. J. Karski, Wielkie Mocarstwa wobec Polski 1919 – 1945. Od Wersalu do Jałty, Wstęp, s. 7. [15] Zaskakująco wiele aż nadto wymownych przykładów takiej postawy wyniosłego ignorowania polskiej racji stanu znaleźć można np. w książkach: L. A. Bliss, Widziałem Polskę zdradzoną, Warszawa 2008, oraz J. Nowak-Jeziorański, Kurier z Warszawy, Kraków 1989. [16] Platon, Obrona Sokratesa, Warszawa 1958, s. 113. [17] J. Nowak-Jeziorański, Kurier z Warszawy, wyd. cyt., s. 117. [18] W. Odojewski, W stepie, ostach, burzanie i inne opowiadania, Warszawa 2009, s. 6. [19] W. Bonowicz, Tischner, Kraków 2001, s. 237. [20] Zob. A. Frossard, „Nie lękajcie się!” Rozmowy z Janem Pawłem II, Watykan 1982, s. 213-216. |