Krzyk milczenia

10 kwietnia 2010 rok. Ta data zawsze będzie się wiązać z tamtą, z roku 1940 i z tamtymi wydarzeniami. Pod Pałac Prezydencki w Warszawie przychodziłam codziennie. Czyniło to nie tylko wielu warszawiaków. Z najbardziej odległych miejscowości przybywali w grupach lub indywidualnie wszyscy, dla których bycie w tamtym czasie i w tamtym miejscu było narodowym obowiązkiem. Przyjeżdżali i przychodzili z wielkiej potrzeby serca, by być razem, by te trudne chwile przeżywać w jedności.

Podobna atmosfera jedności i zadumy panowała podczas spontanicznych spotkań pod krzyżem w stanie wojennym. Papieskie pielgrzymki miały nieco inny charakter, chociaż przecież zawsze wyrażały naszą wzajemną solidarność. Tu czuło się smutek i ból odejścia. Tu na twarzach wielu widać było cierpienie. Kto w tamte dni był na Krakowskim Przedmieściu ten doświadczył głębokiego „communio”, takiej więzi, która łączy, która zobowiązuje i która w niezwykły sposób jednoczy. Całe rzesze ludzi w skupieniu, ciszy i niekiedy modlitwie solidarnie trwało na czuwaniu. Nikt nikogo nie obrażał, nie opluwał, nie poniżał. Wydawało się, że każdy chciał drugiemu usłużyć, pokazać, że jest człowiekiem. A może była to wewnętrzna potrzeba zadośćuczynienia za oszczerstwa, które jeszcze tak niedawno oczerniały Pana Prezydenta!

Krakowskie Przedmieście od Kościoła Wizytek po Kolumnę Zygmunta całe było w kwiatach i zniczach. Potem, dla bezpieczeństwa wyodrębniono miejsce, w którym układano znicze. Kwiaty zaś przenoszono na dziedziniec Pałacu i układano z nich dywan. Przeważnie przynoszone były kremowe tulipany (dla Pani Prezydentowej), ale także biało-czerwone wiązanki. O ile pierwszego dnia można było samemu postawić znicz czy położyć kwiaty, to w następne czynili to już harcerze. Służba harcerska była wspaniała. Ci młodzi ludzie dzień i noc ofiarnie służyli. Serce rosło, jak się na nich patrzyło. Młodzi wspaniali - w służbie Narodu. Układali dywan z kwiatów, zapalali znicze, roznosili wodę do picia i czekoladę dla stojących wiele godzin w kolejce do Pałacu. Byli, by służyć i czynili to z godnością.

Atmosfera zadumy, to było to, co charakteryzowało tamte dni. Jedynie ciche uprzejme gesty i słowa dolatujące do uszu, wyciszone. Jakbyśmy się bali zakłócić ciszę. Jakbyśmy mieli dość krzyków, wrzasków, podniesionych głosów i słów pełnych nienawiści. Milczeliśmy, ale to milczenie posiadało specyficzny wymiar. Było bardzo wymowne. To jakby krzyk milczenia wobec tej tragedii. Tysiące myśli: dlaczego, kto zawinił, co naprawdę się stało. Cała symbolika katyńska na nowo ożyła, zarówno jej kontekst historyczny jak i polityczny. Dochodziły do mnie różne opinie. Potem wiele z nich odnalazłam w filmie „Solidarni 2010”. Kobieta, która mówiła o grzechu zaniechania, bo nie miała tyle odwagi, by stanąć w obronie szykanowanego prezydenta, stała obok mnie i byłam świadkiem jej słów. Młodzi ludzie wypowiadający się do kamery również. Niektórych z nich poznawało się, bo przychodzili codziennie. Widziałam jak ludzie podchodzili do Jana Pospieszalskiego i dzielili się swoimi refleksjami. Kamery stały gdzieś z boku, nie widać było ich wśród ludzi, nie narzucały się, kto chciał mógł podejść i wyrazić swoją opinię.

Przed Pałacem Prezydenckim gromadziliśmy się w wielkiej rzeszy. Było nas tysiące, głowa przy głowie. Cały Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście i Plac Zamkowy zapełnione były ludźmi. Od Aleji Jerozolimskich całe grupy ciągnęły w jednym kierunku. W tym czasie chcieliśmy być razem, chcieliśmy niejako na nowo być solidarni. Od Placu Zamkowego ciągnęła się wielogodzinna kolejka do Sali Kolumnowej Pałacu, by oddać hołd Parze Prezydenckiej. Stało się w niej różnie, od 7 do 17 godzin. Ja stałam 12 godzin. Byłam w niej z rodziną i przyjaciółmi. Jestem szczęśliwa, że mogłam tam być. Ta noc czuwania dodawała sił, jakby wewnętrznie człowieka przemieniała. Czuło się, że uczestniczy się w czymś wielkim i podniosłym. Z perspektywy czasu wiem, że tamta chwila była bardzo ważna. Wyrastała z potrzeby serca i poczucia spełnienia patriotycznego obowiązku. Wiedziałam, że być tam, to wielki honor! Idąc do Sali Kolumnowej, przechodziło się przez Salę Rycerską ( na parterze pałacu). Wielkie zaskoczenie i wielkie przeżycie. W sali tej ustawione były trumny z ciałami prezydenckich ministrów i pracowników BOR. Szło się w szpalerze tych trumien. A potem sekundy dosłownie, by pokłonić się Prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu i Jego Małżonce Marii i pomodlić za Ich dusze. Dosłownie sekundy, ale jakże ważne!

Przed Pałacem Prezydenckim ustawione zostały dwa telebimy. Trzeci stał przy skwerze, obok hotelu Bristol. Na dwóch pierwszych pokazywane były zdjęcia pary prezydenckiej oraz ludzie przechodzący przez Salę Kolumnową. Telebim trzeci, to telewizyjna relacja aktualnych wydarzeń. Utkwił mi przekaz powitania ciał z trumnami ofiar i rzesze ludzi wokół telebimu. Można przecież telewizyjną relację oglądać w domu. A tu, na Krakowskim Przedmieściu taka rzesza ludzi. Jakbyśmy chcieli te tragiczne chwile przeżywać razem, w solidarności z drugimi. Panowała majestatyczna dostojność, jakbyśmy odkrywali dawno odkrytą prawdę, którą wcześniej trudno nam było dostrzec. Warszawa i cała Polska w żałobie. Wszędzie biało-czerwone chorągwie przepasane kirem. Tony kwiatów i zniczy. Tłumy na trasie konduktów ( ok. 800 tys. witających Pana Prezydenta w Warszawie ). Zasmucony naród przeżywający swoiste rekolekcje. Czas skupienia, zadumy i wyciszenia. Czas prawdy upominających się o prawdę.

Danuta Ferenc( Warszawa )