Czyja racja?

Prawo istnieje po to, aby normować stosunki i zachowania się między ludźmi. Układane jest ono jednak w taki sposób, żeby ten sam zapis można było interpretować w sposób różny, nawet przeciwstawny. Przykładem tego są ostatnie wydarzenia. Wielu profesorów prawa - konstytucjonalistów twierdzi, że odbyło się „posiedzenie” Trybunału Konstytucyjnego, który wydał wiążące orzeczenie i w związku z tym rząd jest zobowiązany do opublikowania tego wyroku. Jednak wielu innych profesorów prawa – konstytucjonalistów uważa, że odbyło się jedynie „spotkanie sędziów” i ich orzeczenie nie jest ważne, ponieważ zostało wydane niezgodnie z procedurami określonymi w przepisach odpowiedniej ustawy i że rząd nie ma prawa tych orzeczeń publikować. Opinie obu stron wydawane są w oparciu o te same przepisy prawa….

Treść „wyroku”, czy „orzeczenia” (i to wydawanego we własnej sprawie !) była łatwa do przewidzenia, zwłaszcza, że w tej materii były przeprowadzone „szerokie konsultacje społeczne” z politykami poprzedniej władzy, o czym świadczył krążący wśród nich i w Internecie projekt tego orzeczenia. Ponadto, większość sędziów Trybunału nie kryje swoich sympatii i zaangażowania politycznego (również w mediach) po stronie opcji wrogiej obecnej władzy. W Konstytucji nic nie jest powiedziane, w jakim liczbowym składzie Trybunału mają zapadać wyroki, czy w jakiej kolejności winny być rozpatrywane sprawy. Te detale muszą być uregulowane przepisami odpowiedniej ustawy. Dlatego wprost zabawnym jest, uznanie za „niekonstytucyjne” przepisów regulujących procedurę posiedzeń Trybunału.

Ale to wszystko, to są szczegóły natury politycznej i technicznej. Bo…– co by było, gdyby na przykład jakiś policjant został złapany na fałszowaniu dokumentów prowadzonego śledztwa. On z miejsca został by dyscyplinarnie zwolniony z pracy i przeciw niemu wszczęto by postępowanie karne zwłaszcza, gdyby do fałszowania dokumentów namawiał inne osoby. Tymczasem władze Trybunału Konstytucyjnego zostały złapane na tym, że „wspólnie i w porozumieniu” brały udział fałszowaniu prawa (do czego same się musiały przyznać) i nakłaniały do tego posłów Sejmu poprzedniej kadencji (czerwiec 2015 r.). I co ? i nic! Nikt nie może ich pociągnąć do odpowiedzialności, bo nad nimi nie ma nikogo... Tylko Bóg (ale, to nie ta opcja !) i Historia (która ich oceni !), której ich ugrupowanie polityczne się wypiera, zwalcza ją i nie chce mieć z nią nic wspólnego.

„Kontrolowane przecieki” do mediów treści orzeczenia Trybunału, a także projektu opinii „Komisji Weneckiej” miały na celu przekonanie opinii społecznej o prawidłowości „jedyne słusznej” i „politycznie poprawnej” postawy sędziów Trybunału Konstytucyjnego oraz partii przez nich reprezentowanej. Chodziło o to, by wykazać, że odsunięte od władzy w Polsce siły polityczne mają poparcie w „Europie”. Bo siły te, o pomoc przeciw swemu narodowi, zwróciły się do takich kół europejskich, które mają Polsce za złe, że brak w niej aborcji na żądanie, eutanazji na życzenie, małżeństw partnerskich z prawem adopcji dzieci, seksedukacji w przedszkolach i szkołach, marksistowskiej ideologii gender, jawnego zwalczania Kościoła itp. Koła te zaniepokojone są również perspektywami przyhamowania finansowego drenowania Polski i bezkarnego jej wyzyskiwania. I dlatego do przewidzenia mogły być ich opinie na temat „łamania praw demokratycznych w Polsce”, zgodnie z życzeniem krajowych sił opozycyjnych. To bowiem daje tymże siłom pretekst do dalszych protestów i manifestacji, do których włączają się również chętnie osoby ze sfer naukowych i artystycznych, których media ogłosiły autorytetami. Ponieważ wielu Polaków, indoktrynowanych przez propagandę nienawiści szerzoną w lewicowych mediach, nie ma właściwego rozeznania co do istoty zagadnienia, więc idzie w ślad za tymi osobami, metodą „owczego pędu” („no bo jeśli taki autorytet ?...”). Przykre jest w tym to, że nie rozumiejąc rzeczywistego celu tych protestów i skarg, stają się oni „mięsem armatnim” w nie swojej sprawie, jak się o tym kiedyś przekonają.

Wacław Leszczyński